MARIUSZ KUBIK - publikacje prasowe

 

Listy”, Olomouc

nr 4/2005
____________________________

    

 

Nie chować pamiątek do szuflady

 

Rozmowa na 25-lecie wydarzeń sierpniowych w Gdańsku

 

MARIUSZ KUBIK: „Solidarność”, postać Lecha Wałęsy, to chyba jedne z najbardziej kojarzonych z Polską symboli, znane na całym niemal świecie. A równocześnie coś przez Polaków niedocenionego, zmarnowanego, coś czego nie potrafiliśmy może do końca zrozumieć, wykorzystać. Czy zgadza się Pani z tą opinią?

 

JANINA JANKOWSKA: Sama od pewnego czasu się nad tym zastanawiam. Przygotowuję reportaż, który ma być próbą odpowiedzi na pytanie, co się zdarzyło, że nastąpiła „walka legend”, że najważniejsze osoby strajku, ruchu, który się tam narodził – Lech Wałęsa, Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda, były i są w takim straszliwym konflikcie. Musimy odpowiedzieć na pytanie, kiedy to się zaczęło, z jakiego powodu w pewnym momencie niektórzy zostali tak zmarginalizowani?

Oczywiście uważam, że Lech Wałęsa odegrał ogromną rolę w strajku w Stoczni Gdańskiej i powstaniu „Solidarności”. Mówi się że Polacy go teraz nie doceniają. To nie jest tak. Polacy bardzo kochali Wałęsę. On sam zrobił bardzo dużo żeby nadszarpnąć swój wizerunek. Poprzez cechy charakteru, nieprawdopodobny egocentryzm i potrzebę poklasku, także taką chytrość chłopską, która w wielu momentach przynosiła fantastyczne efekty , kiedy indziej windowała Wałęsę w dół. Jego zasługi są jednak ogromne i niezależnie od wszystkich swoich słabości, których ma wiele i które zaszkodziły w utrzymaniu jego image’u, pozostanie on osobą historycznie niepodważalną.

Widziałam go, kiedy się rodził jako przywódca, kiedy wprost genialnie potrafił znaleźć odpowiednie słowa do odpowiedniej sytuacji, podczas strajku niesłychanie wyczuwał atmosferę w Komitecie Strajkowym i wśród delegatów załóg. W Stoczni Gdańskiej wytworzyło się coś, co dziś po latach nazywam „azylem wolności”, pierwszym kawałkiem niepodległej Polski. W stosunku do reszty świata zewnętrznego Stocznia zaczęła się rządzić innymi prawami, począwszy od języka, który wprost komunikował rzeczywistość, bez ideologicznych frazesów poprzez nowe relacje między ludźmi, po zaakceptowaną przez wszystkich obecnych hierarchią ważności. Komitet strajkowy był ciałem kolegialnym, a ludzie mieli do niego zaufanie. Wytworzyła się taka mini-republika, demokratyczna, autentyczna, gdzie ludzie odkrywali wartości demokracji i wolności. Zaczynali się porozumiewać innym językiem, a jednocześnie mieli partnera ze strony rządowej, którego również nie traktowali jako wroga, ale właśnie jako partnera.

Kiedy pamiętam Wałęsę w tej mini-republice stoczniowej, to on był tam rzeczywiście doskonały. Wyczuwał ludzi, atmosferę i jako przywódca nawiązywał fantastyczny kontakt z salą. Nie tylko nadając ale i reagując na głosy delegacji innych zakładów pracy.

 

- Czy byłoby to trudne w innych okolicznościach?

 

- To było po raz pierwszy. Nie znaliśmy innych okoliczności. Tym bardziej, było to genialne. Jest przecież łatwiej, gdy ma się doświadczenie. Później, w pierwszym roku istnienia „Solidarności”, aż do stanu wojennego w grudniu 1981 roku, Wałęsa musiał jako przywódca stawać oko w oko z różnymi kryzysami. Ale miał już Komisję Krajową, doradców i partnerów w tej bardziej skomplikowanej sytuacji. Dawał sobie radę, aczkolwiek już zaczynał popełniać błędy. Ale błędów nikt nie potrafi się ustrzec.

 

- Jakie błędy popełnia się w tych okolicznościach najłatwiej? Wtedy, gdy opada pierwsza euforia?

 

- Nie było opadnięcia euforii. Ten ruch stawał wciąż przed nowymi wyzwaniami. Gdy skończyły się strajki w stoczni i podpisane zostały umowy, rozpoczął się proces rejestracji „Solidarności”, co nie było wcale takie proste.

Jak wiadomo, umowy sierpniowe podpisano w Gdańsku , w stoczni, ale z Komitetem Strajkowym, w skład którego wchodzili przedstawiciele kilkuset zakładów pracy z całego Pomorza. Władzy zależało, by potraktować tę sprawę jako lokalną, odnoszącą się do Wybrzeża. Wcześniej podpisano już podobne porozumienie w Szczecinie. Jeszcze 1 sierpnia nie było pewne, że to obejmie całą Polskę. Jednocześnie wybuchł strajk w Jastrzębiu. Na początku września 1980 roku trwały jeszcze rozmowy w Jastrzębiu.

Nowo powstający związek zawodowy „Solidarność” miał więc oparcie w trzech porozumieniach o podobnych zasadach – dokumentach ze Szczecina, Gdańska i Jastrzębia. I powstał problem, kiedy już strona opozycyjna przeforsowała ideę, że dotyczy to całej Polski, jak związek ma się zarejestrować?

Były trzy możliwości. Pierwsza zakładała, że wszyscy rejestrują się w Gdańsku. Druga mówiła o tym, że w każdym z 49 ówczesnych województw powstaje regionalny niezależny samorządny związek zawodowy „Solidarność”, tworząc z innymi rodzaj federacji. Ale każdy rejestruje się oddzielnie. Trzecia koncepcja, z którą 17 września 1980 roku wystąpił m.in. Karol Modzelewski,  (zresztą autor nazwy „Solidarność”) i mecenas Jan Olszewski, zakładała rejestrację w Warszawie jednego, ogólnopolskiego związku z siedzibą w Gdańsku. Zatem władze - Komisja Krajowa powstała by z przedstawicieli komisji regionalnych całej Polski, a nie wyłącznie z Gdańska, Tak się też stało i w ten sposób Wałęsa, wybrany na przewodniczącego Komisji Krajowej, miał nowy zespół, mógł oderwać się od ludzi z Wybrzeża. Było mu to na rękę.

 

-         Dlaczego?

 

- Wałęsie nie pasowało, żeby Gdańsk był centralą, dlatego, że Komitet Strajkowy, który później przekształcił się w regionalne struktury „Solidarności”, składał się w głównej mierze z działaczy istniejących wcześniej Wolnych Związków Zawodowych. Czyli ludzi z doświadczeniem walki opozycyjnej, do których on kiedyś dołączył, a którzy traktowali go jak równego sobie a nawet z pewnym pobłażaniem, poklepywaniem po ramieniu. Wałęsa szukał kontaktów z WZZ z Bogdanem Borusewiczem i Andrzejem Gwiazdą i choć dziś twierdzi, że tym wszystkim od początku kierował, nie jest to prawdą.

Jeszcze we wrześniu 1980, gdy Wałęsa jeździł po Polsce do różnych regionów, gdzie na spotkaniach był „noszony na rękach”, wracał do Gdańska i był, mówiąc delikatnie, z jakichś tam powodów ochrzaniany przez Annę Walentynowicz, która podczas strajku niesłychanie urosła prestiżowo. Ludzie WZZ czuli się siłą sprawczą wydarzeń, Z tego powstawały pierwsze konflikty. Dawni opozycjoniści z doświadczeniem strajkowym byli za kolegialnością. Wałęsa był przewodniczącym TKK Tymczasowej Komisji Krajowej (przed rejestracją), co ich zdaniem nie znaczyło, by miał mieć całkowitą władzę.

 

-         Jak rodziła się „Solidarność”?

 

- Gdy w zakładach pracy całej Polski powstawały zalążki związku, wszyscy przyjeżdżali do Gdańska, żeby się dowiedzieć, jak to w ogóle zrobić. Były z tym kłopoty. Dyrektorzy zakładów pracy często przekonywali, że nie dotyczy to ich miast - Olsztyna, Rzeszowa, Lublina, wielu innych.

W umowach sierpniowych sformułowano jednak jasno, że ma powstać związek ogólnopolski, równoległy do rządowych , istniejących dotąd związków CRZZ. Nowością były struktury geograficzne, czego CRZZ nie miał. „Solidarność” istniała nie tylko w zakładach pracy, miała też swoje siedziby regionalne, oddzielną organizację, informację, prasę - całą infrastrukturę organizacyjną. To był zaczyn zorganizowania społeczeństwa w celach, które wykraczają poza cele związkowe.

I dlatego ludzie, przystępując do „Solidarności” mieli poczucie, ze uczestniczą nie tylko w walce o lepsze warunki pracy ale i nowy porządek w Polsce. Najlepiej świadczy o tym te 21 postulatów podpisanych z rządem w sierpniu 1980 roku, wśród których było m.in. żądanie wolności słowa, a więc wolnej prasy, w niedzielę emitowania mszy w radiu. To wykraczało znacznie poza typowe żądania pracownicze.

Związek był połączeniem ruchu, który miał element wolnościowy (dla wielu niepodległościowy), ale jednocześnie chciał się zajmować sprawami publicznymi w wymiarze regionalnym. Powiedzmy, brak jest w danym regionie szpitala a istnieją trzy piękne ośrodki wypoczynkowe dla partii rządzącej. Wtedy występowano o przekazanie jakiegoś obiektu na rzecz utworzenia szpitala, czyli patrzono już na problemy z punktu widzenia gospodarza danego terenu. Ale tak czy inaczej „Solidarność” chciała być gospodarzem w danym zakładzie pracy.

 

-         Czy społeczeństwo było przygotowane na fenomen „Solidarności”?

 

- Gdyby to przerosło ludzi, nie byłoby takiej siły akceptacji dla przemian w 1980 roku. To się rozprzestrzeniło jak dżuma, oczywiście z punktu widzenia władzy. Ale też zdolność do takiej postawy społecznej przygotowały protesty z 1956, 1968, 1970, 1976. Po powstaniu Komitetu Obrony Robotników (1976) i początkach prasy podziemnej rzecz permanentnie kiełkująca w niewielkich środowiskach opozycyjnych końca lat 70-tych, trafiła na frustrację epoki, w której ludzie mieli już dosyć i szybko podchwycili ideę „Solidarności”. Przecież należało do niej około 10 milionów ludzi. Ci, którzy byli sympatykami ruchu, byli w większości - mniejszość stanowił aparat władzy rządzącej i ci który nie uwierzyli lub bali się.

Stała się rzecz nieprawdopodobna. To co w czasach PRL-u nazywano przewodnią siłą narodu - wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, która w czasie klasycznego socjalizmu nigdy nie była siłą, stała się nią w momencie, kiedy ów socjalizm naruszyła…

 

-         13 grudnia władza zdecydowała się jednak na wprowadzenie w Polsce stanu wojennego.

 

- Oznaczało to represje, internowanie wielu ludzi, w pierwszym momencie było to nawet kilka tysięcy. Ponadto wyrzucanie z pracy, w moim zawodzie system weryfikacji dziennikarzy.

Powstało podziemie (też miało już doświadczenie): pracowały tajne komisje zakładowe „Solidarności”, które pomagały ludziom represjonowanym. Ruszyły wydawnictwa podziemne, prasa, tzw. II obieg informacji, który istniał już przed 1980 rokiem ale teraz urósł do niesłychanych rozmiarów. W Kędzierzynie Koźlu nadawało radio „Solidarność”, w Lublinie sygnał przedostał się na przekaz telewizyjny. I wiele innych miastach i miasteczkach, nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce.

 

- Czym można więc wytłumaczyć fakt, że teraz „Solidarność” jest wciąż o wiele bardziej żywym symbolem na Zachodzie niż w Polsce? Czy Pani zdaniem posiadamy „pamięć historyczną”?

 

- Na Zachodzie istnieje pamięć o pierwszej „Solidarności” - pamięć ludzi, którzy znaleźli się tam po stanie wojennym, byli wypełnieni misją i tym, co się wydarzyło przez ten rok. Ten entuzjazm przekazywali w swoich kontaktach światowi zachodniemu. Liczne organizacje pozarządowe, rządowe, opozycyjne, a także zwyczajni ludzie w Szwecji, Francji, Belgii, w Niemczech od samego początku śledzili z sympatią wydarzenia w Polsce. Ich dzisiejsza pamięć opierała się na tym, co sami przeżywali w swoim życiu w związku z polską „Solidarnością”. Pomagali emigrantom, organizowali zbiórki pieniędzy, wysyłali paczki z żywnością i ubraniem, kupowali maszyny drukarskie i przerzucali je do Polski dla podziemnego związku, mając poczucie, że robią coś dobrego na rzecz demokracji, innych ludzi. Gdzieś wpisało się to w ich życiorysy, doświadczenie i dlatego myślę, że wspominają „Solidarność” jako coś bardzo istotnego, coś co miało ogromne znacznie. W Polsce natomiast zdarzenia zaczęły wypierać naszą pamięć o tamtej „Solidarności”. To było częściowo nieuniknione. Stan wojenny podzielił społeczeństwo z grubsza na „bohaterów” i „kolaborantów” czyli tych, których represjonowano i tych, co musieli normalnie żyć, pracować, utrzymywać rodziny. To pierwszy podział. Drugi nastąpił w elitach „Solidarności”. Spora część najbardziej aktywnych działaczy „Solidarności” przebywała w więzieniach. Siłą rzeczy zaczęli pojawiać się ci, którzy nie mieli żadnych stanowisk w oficjalnej „Solidarności”, natomiast mieli odwagę wchodzić do podziemnych komisji zakładowych związku. Powstały też nowe struktury. Nie była to już Krajowa Komisja Koordynacyjna, bo część przewodniczących regionów wyemigrowała. Nie było więc nawet możliwości, by ich – załóżmy – spotkać w działalności „podziemnej”. W wielu wypadkach szukało się więc nowych przedstawicieli.

 

-         To było widoczne w 1989 roku.

 

- No właśnie - kto w 1989 roku powinien być przedstawicielem związku? Mamy tu różnice poglądów. Kto reprezentował stronę „solidarnościową”, która przygotowywała się do obrad „Okrągłego Stołu”? Już nie tylko tamci, dawni działacze.

I tu jest początek właściwego i zasadniczego konfliktu między grupą „gdańską”, czyli Andrzejem Gwiazdą, Anną Walentynowicz, w owym czasie też Bogdanem Borusewiczem, który też był przeciwny „Okrągłemu Stołowi”. Uważali oni, że mandaty dawnych działaczy nie wygasły, że jeżeli dziś strona „solidarnościowa” ma przystąpić do rozmów z włądzą, to ci, którzy mają być jej reprezentantami, powinni przede wszystkim wywodzić się z dawnej „pierwszej Solidarności”. Nadto, jeśli nawet muszą dojść nowi ludzie, to jednak powinno być to konsultowane z zachowanymi częściowo strukturami.

Kim są ludzie, którzy teraz negocjują z władzą komunistyczną? Powstaje „Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie”. Jego oponenci uważają, że jest to ciało uzurpatorskie, które nie ma mandatu, by reprezentować całą „Solidarność”. Komitet Obywatelski decyduje się, w wyniku rozmów, które też nie są konsultowane ze związkiem, by rejestrować „Solidarność” po raz drugi. Nie odtwarzają więc starego, zdelegalizowanego związku, co było bardzo istotne psychologicznie. To Komitet Obywatelski wybierał też delegatów do Sejmu i Senatu w pierwszych, częściowo wolnych wyborach w Polsce, w czerwcu 1989 roku.

- Ale czy z drugiej strony to wszystko nie było uprawnione? Można się było spodziewać, że będzie to reprezentacja różnych pokoleń „Solidarności”, dlaczego któreś z nich miało być pomijane?

- Pyta pan o pamięć pierwszej „Solidarności”. Jeśli już tutaj następowały tarcia między ludźmi dawnej „Solidarności” w stosunku do nowych posłów, czy tych, którzy zaczynali swoją karierę w polityce, to siłą rzeczy ci nowi nie mieli się do czego tak bardzo odwoływać i też już zresztą nie chcieli. W procesie wymiany elit solidarnościowych następowało odejście od tamtych autorytetów, tamtego etosu.

Ostateczną pieczęcią, która zamknęła okres pierwszej „Solidarności” było zaakceptowanie liberalnego planu gospodarczego Leszka Balcerowicza, który był już zupełnie „z innej bajki”. Nie twierdzę, że był to plan niepotrzebny. Nie było w nim jednak miejsca na oszacowanie kosztów społecznych transformacji, co później okazało się przyczyną wszystkich rozczarowań „Solidarnością” i przemianami. Inna sprawa, że może nie było innej drogi. Ale to co uderzyło mimowolnie w społeczeństwo, musiało też uderzyć w „Solidarność”. Jacek Kuroń, jeden z ministrów pracy, miał wyrzuty sumienia, poczucie moralnego kaca, że uwierzył w „niewidzialną rękę rynku”. Potem był już w ogóle antyliberalny.

Oczywiście, że reformy były potrzebne, ale może należało w większym stopniu, choćby dlatego, że pochodziło się z ruchu „Solidarności”, zastanowić nad ich konsekwencjami społecznymi i próbować szukać środków łagodzących szok? Po prostu mieć w polu widzenia los najemnych pracowników, zwyczajnych ludzi.

 

- Wróćmy znów do początku. Czy różnorodność oblicza „Solidarności”, porozumienie ludzi o tak różnym rodowodzie było dla Pani zaskakujące? Czy jest z dzisiejszej perspektywy? Chodzi mi tu zarówno o przekrój społeczny, ale i poglądy polityczne.

 

- To było dla mnie normalne. Byłam związana z opozycją od 1976 roku i pamiętam, że to zróżnicowanie istniało od samego początku. Istniał lewicowy „Komitet Obrony Robotników” (KOR), ale i prawicowy „Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela” (ROPCiO). Ja byłam nastawiona lewicowo, związałam się ze środowiskiem KOR. Potem właściwie dopiero uświadomiłam sobie, że ROPCiO i „Konfederacja Polski Niepodległej” Leszka Moczulskiego były traktowane przez nas jako może coś gorszego. Ale przecież współpracowaliśmy ze sobą, pożyczaliśmy sobie matryce, farbę do nielegalnych publikacji. Wiadomo było, że ideologicznie jesteśmy różni, ale gdzieś tam spotykamy się w podziemiu. Mieliśmy wspólny, nadrzędny cel – poszerzanie strefy wolności, w bardzo dalekiej perspektywie - niepodległość. Powstanie „Solidarności” w 1980 roku było najbardziej wyraźnym punktem stycznym naszych wspólnych celów.

 

- Z kolei o powszechności ruchu przesądził sojusz robotników z inteligencją.

 

- To było fantastyczne. Coś co w normalnych warunkach byłoby niemożliwe. Ten ruch zlikwidował na pewien czas drabinę społeczną, tę starą hierarchię. Jeśli jesteśmy w „Solidarności” to znaczy, że wszyscy jesteśmy sobie równi. Nagle profesor uniwersytetu był równy robotnikowi, towarzysko i pod każdym innym względem. „Solidarność” autentycznie wyrównywała podziały klasowe, co nie znaczy, że je dezawuowała.

 

- Znalazła się Pani w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku, jako dziennikarka. Jak to było możliwe? Jedna z polskich publikacji o tamtym wydarzeniu nosi tytuł „Kto tu wpuścił dziennikarzy?”…

 

- To była naturalna konsekwencja mojego życia zawodowego. Od 1976 roku należałam do wąskiej grupy dziennikarzy, mających ścisły związek z opozycją. W owym czasie środowisko dzieliło się na trzy grupy. Niektórzy zaczynali swą pracę dziennikarską od razu od pism podziemnych w opozycji – na przykład Helena Łuczywo, Joanna Szczęsna, Seweryn Blumsztajn, dziś dziennikarze i redaktorze „Gazety Wyborczej”. Inni byli profesjonalnymi dziennikarzami ale współpracowali z pismami podziemnymi, najczęściej pod pseudonimami. Ja należałam do tej grupy. Byli jeszcze ci, którym w ogóle nie przyszło do głowy współpracować z opozycją, choć przeważnie z chęcią czytali „podziemne” publikacje.

Był jeden ciekawy przypadek: Janek Walc, znany dziennikarz partyjnego pisma „Polityka”, który dokonał świadomego wyboru, oficjalnego przejścia, publikując artykuły w „Biuletynie Informacyjnym”, piśmie II obiegu pod własnym nazwiskiem, za co wyrzucono go z pracy.

 

-         Co to znaczyło dla dziennikarza, być wtedy w stoczni?

 

- Dziennikarze znaleźli się tam z różnych powodów. Głównie jednak byli to ludzie ciekawi świata. Tak naprawdę redakcje wysyłały swych ludzi niechętnie, mnie na przykład zabroniono jechać. Kiedy chciałam wziąć delegację, powiedziano mi: „tylko nie na północ”. Wzięłam więc „dni matki z dzieckiem”, urlop okolicznościowy.

Część dziennikarzy była wysyłana przez redakcje i słyszała: „nie licz na to, że cokolwiek opublikujemy”. Ale np. koledzy z „Trybuny Ludu” mieli oficjalne delegacje, ale też dodatkowe zadania – pomagali Komitetowi Wojewódzkiemu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Gdańsku w pisaniu różnych odezw, komunikatów. Spędzali więc cały dzień w stoczni a potem szli do KW na narady aparatu partyjnego.

Chciałam być w Stoczni, bo byłam zaangażowana w opozycję. Wcześniej relacjonowałam przebieg strajku kolejarzy w Lublinie, wywiad dotarł do „Radia Wolna Europa”, przekazany przez Jacka Kuronia. Było to dla mnie naturalne, że muszę jechać do Stoczni. Byłam tam pierwszym dziennikarzem radiowym, weszłam z grupą kolegów z prasy, bojąc się, że mnie nie wpuszczą. Było wiadomo, ze w radiu nic nie zostanie nadane. Gdyby nie doszło do rozmów z rządem, wiedziałam, że mnie wyrzucą z pracy. Miałam wtedy uczucie, że uczestniczę w wolnościowej rewolucji i radio było mi już obojętne. 

U prawie wszystkich kolegów  nastąpił przełom w świadomości, dojrzewaliśmy, uczyliśmy się, co to znaczy być dziennikarzem. Znaleźliśmy się tam z różnych środowisk od prasy partyjnej po katolicką, z różnym zaangażowaniem. Siedzimy tam prawie tydzień, niektórzy próbują wysyłać jakieś relacje. Okazuje się po porannym otwarciu gazet,  nic z tego, co tutaj widzimy, nie dochodzi do mediów i opinii publicznej. Czyta się wciąż o „przerwach w pracy”. W pewnym momencie ludzie z Komitetu Strajkowego zapytali nas, po co tu  w ogóle  jesteśmy. Musieliśmy więc coś zrobić.

To jest nasze pierwsze przeżycie integracyjne – postanowiliśmy wytłumaczyć się przed Komitetem Strajkowym, napisać oświadczenie, że nie możemy wykonywać naszej pracy. Był to też rodzaj protestu przeciwko cenzurze. Napisanie tekstu trwało wiele godzin, może nawet kilka dni. Bali się zwłaszcza dziennikarze partyjni. Ważono każde słowo, tak, że ostateczna wersja była właściwie piskiem a nie protestem. Niektórzy podpisywali, potem wyrywali kartkę z podpisem, potem znowu podpisywali. Najbardziej zaangażowani dziennikarze „Czasu” – gazety lokalnej musieli podpisy wycofać. Dla dobra sprawy. Ich przełożeni bali się o przyszłość pisma, bo to oni właśnie pierwsi publikowali prawdę o strajku. Tę lokalną gazetę rozchwytywano w całej Polsce.

Dziennikarze „Trybuny Ludu” nie podpisali tekstu, który był odczytany w Stoczni, ale przesłali go natomiast do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Wydziału Prasy Komitetu Centralnego PZPR. Były to więc postawy zróżnicowane, ale przemiana świadomości już nastąpiła. Dziennikarze, którzy byli w stoczni zorganizowali po powrocie Nadzwyczajny Zjazd SDP, na którym „zrewolucjonizowali” organizację. Wybrali nowe władze, nowy język, nowy etos solidarności z „Solidarnością”. Przez cały rok do wybuchu stanu wojennego w grudniu 1981 roku siedziba SDP  była jednym z najbardziej ważnych ośrodków politycznych i miejscem wymiany informacji.

 

- Co według Pani oceny złożyło się na to, że ”Solidarność” w ogóle mogła powstać? Czy to co zdarzyło się 25 lat temu, mogło się zdarzyć w innym czasie?

 

- Nie byłoby Sierpnia 1980 bez strajku 1970 roku. Pamięć ofiar i tamto doświadczenie strajkowe było przez cały czas obecne w umysłach stoczniowców. Ludzie nie wychodzili poza stocznię, bo wiedzieli, że  wtedy się do nich strzela.

Miał znaczenie również rok 1956. Właściwie cała topografia polityczna powojennej Polski. Bez stałego oporu stawianego władzom komunistycznym, bez tych narodowych zrywów nie byłoby „Solidarności”. W historii powojennej Polski zdarzały się naturalnie kryzysy wywołane podwyżkami cen. Tak było w 1970 i 1976 roku. Także w 1980 sytuacja ekonomiczna była początkowo powodem niezadowolenia. Dzięki KOR , ROPCiO, WZZ, prasie podziemnej, „latającym uniwersytetom”, istniało już  zaplecze intelektualne, Przełamany był już monopol oficjalnej informacji.

Niesłychane znaczenie miał oczywiście wybór Karola Wojtyły na papieża w 1978 roku i pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski w czerwcu 1979. Ludzie się zobaczyli, policzyli, poznali. Zorientowali się, że są razem, że są odważni, mają inne, zmienione twarze, uczestniczą wspólnie w czymś bardzo istotnym. Papież swoim zawołaniem na Placu Zwycięstwa „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi” uczynił więcej, niż cokolwiek innego dla atmosfery Sierpnia.

 

-         Jak wyglądała Pani późniejsza działalność?

 

            - To był szalenie intensywny okres. Zostałam wybrana do komisji zakładowej „Solidarności” Radia i Telewizji. Z drugiej strony jeździłam po Polsce, robiłam reportaże, starałam się być wszędzie, gdzie dzieją się sytuacje kryzysowe. Z kolegami powołaliśmy redakcję radia „Solidarność”- Region Mazowsze, dokładnie Redakcja Audycji dla Radiowęzłów Zakładowych.. Związek miał swoją własną prasę, poza ogólnopolskim „Tygodnikiem Solidarność” były to regionalne biuletyny i inne pisma, które miały napis „do użytku wewnątrzzwiązkowego”. Otóż myśmy do takiego użytku powołali radio. Audycje powstawały na taśmach magnetofonowych. W oficjalnym programie radiowym cenzurowane były nie tylko informacje, ale praktycznie „Solidarność” nie mogła się wogóle wypowiedzieć, zaprezentować stanowiska w sporach ze stroną rządzącą.

            Co tydzień rejestrowaliśmy więc przegląd najważniejszych wydarzeń. Jeśli był to czas jakichś konfliktów, wypowiadali się przywódcy „Solidarności”. Była też część rozrywkowa prowadzona przez satyryka Jacka Fedorowicza. Trwało to od przełomu 1980/1981 aż do stanu wojennego. Audycje realizowane były w profesjonalnym studiu Polskiego Radia, sprzedawane były na kasetach magnetofonowych, kopiowane w siedzibie Regionu Mazowsze „Solidarności” i rozprowadzano w całej Polsce. Dawało się też konduktorom w pociągach, którzy wieźli to dalej, np. do Nowej Huty, czy innych zakładów pracy. Tam emitowały to radiowęzły.

Po ogłoszeniu stanu wojennego powstało podziemne radio, które nadawało z dachów domów. Część z nas zajmowała się edycją podziemnych audycji, piosenek na taśmach wydawanych przez Oficynę Wydawniczą „NOW-a”.

 

-         Co było potem?

 

            - Z taśm, które nagrałam w stoczni, powstał reportaż „Polski Sierpień” , który w 1981 roku otrzymał I nagrodę na prestiżowym Festiwalu Prix Italia. Zakupili go Niemcy i w ten sposób podczas stanu wojennego znalazłam się w Niemczech, gdzie miałam realizować niemiecką wersję tego dokumentu. Postanowiłam jednak wrócić do Polski. Miesiąc później zostałam na kilka miesięcy internowana w Olszynce Grochowskiej i w Gołdapi. Po wyjściu zaangażowałam się w przygotowywanie audycji dla II obiegu. Jedną z nich nadawaliśmy dla więzienia MSW przy ul. Rakowieckiej, w Boże Narodzenie, z pobliskiego dachu.

            Kolejne nagrania dotyczyły ostatnich momentów przed stanem wojennym, bojkotu aktorskiego, kolejnych pielgrzymek papieskich, ludzi „Solidarności”, którzy emigrowali i innych, ważnych dla opozycji tematów. Za tę działalność byłam w 1984 roku aresztowana, ale na szczęście w tym czasie nastąpiła amnestia. Nie było nawet naszego procesu.

            Potem pracowałam w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Tam opracowywałam m.in. archiwum zamordowanego przez agentów bezpieki księdza Jerzego Popiełuszki. Nagrywałam z radia dźwięki z procesu morderców księdza, wplatałam w to archiwalne nagrania „mszy za ojczyznę” i inne nagrania z prywatnego archiwum ks, Jerzego, Powstał reportaż p.t. „Oszukani”, który został nadany przez radio SFB w Niemczech i chyba austriackim ORF. Tę audycję Polskie Radio wyemitowano dopiero po 1989 roku. Wtedy, po ośmiu latach przerwy powróciłam do pracy w Polskim Radio.

 

-         Czy miała pani w tych czasach profesjonalny sprzęt, podobny do tego w redakcji Polskiego Radia?

 

-         Dostałam dzięki podziemnej „Solidarności” bardzo dobry magnetofon i mikser. Właśnie na tym polegał sens pomocy, łączności z Zachodem.

 

- Wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku zahamowało proces dojrzewania społeczeństwa obywatelskiego, tego wszystkiego, do czego doprowadziły wydarzenia Sierpnia 1980. Czy próba zniszczenia przez władzę dorobku kilkunastu miesięcy „Solidarności”, mogła być przyczyną braku zbiorowej refleksji, tego, co właściwie, niezależnie od przełomu 1989 roku, wpłynęło na późniejszą jakość życia publicznego w Polsce?

 

            - Z pewnością tak. Mówiliśmy o wymianie elit, ale trzeba powiedzieć o społeczeństwie w ogóle. Poprzez stan wojenny ludzie zostali podzieleni, w jakimś stopniu skłóceni. Z tych dziesięciu milionów niewielka garstka poszła do podziemia, czy była internowana. Reszta miała poczucie zawodu. Ponieważ nie angażowali się, musieli to zracjonalizować. Siłą rzeczy były to pretensje, czy negatywne odczucia. Powtarzał się mechanizm: „Nie mogliśmy nic zrobić, więc wy jesteście winni”.

            Obserwowałam to znów na przykładzie środowiska dziennikarskiego. Ci koledzy, którzy zostali pozytywnie zweryfikowani, mieli kaca, patrzyli na nas nasrożeni. Kiedy w 1989 roku wróciłam do Radia, środowisko było strasznie podzielone i właściwie patrzono na mnie jak na wroga. Oni też chcieli zachować twarz, uznać, ze robili w radiu w latach 80-tych dobre rzeczy. Myślę, że występowało to również w innych grupach zawodowych.

            W 1981 roku z euforii spadło się w zdołowanie, świat czołgów, wyłączonych telefonów i pozwoleń na wyjazd z miasta. Później stagnacja lat 80-tych, przerywana wizytami Jana Pawła II, który podtrzymywał Polaków na duchu. Niemała część sympatyków „Solidarności” jednak pozostała, bez tego nie byłoby przecież takich wyników wyborów do Sejmu i Senatu w czerwcu 1989 roku. Wyniki te zaskoczyły przecież stronę opozycyjną, która musiała zmierzyć się z perspektywą wejścia do rządu.

            Druga dekada lat 80-tych była rzeczywiście przygnębiająca. Podziemie obumierało, nie było wielu chętnych do działalności. Nie było siły, energii, panowało poczucie beznadziejności. Człowiek bał się rewizji, nie wiedział, co przyniesie następny dzień. Ale wtedy również ważną rolę odgrywał Lech Wałęsa, jego pokojowa nagroda Nobla, uznanie Zachodu. Również zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki bardzo zintegrowało ludzi. Życie podziemne integrowało się wokół kościołów. Występowali w nich aktorzy, powstał teatr podziemny, działalność duszpasterstw robotniczych, twórczych, środowiskowych. W Warszawie powstał tygodnik mówiony - „Dzwonek niedzielny”, po mszy niedzielnej w Sali parafialnej kościoła na Nowym Mieście w Warszawie wybitni dziennikarze komentowali sytuację w Polsce.

 

-         Z jaką to było czynione perspektywą?

 

            - Wywalczania w konkretnej sytuacji następnych pól wolności, w obronie wolności jednostki ludzkiej, także z przekonaniem, że „Solidarność” wróci. Skoro raz się zażyło wolności, to znaczy, że kiedyś ona wróci. Z inicjatywą przetrwania, przekonania, że kiedyś to musi się zmienić. Dzisiaj się o tym zapomina, ale ogromną rolę odgrywały jednak kontakty z Zachodem, polska stacja radia Wolna Europa, irytacja komunistyczna  propagandą,

               W 1988 roku władza miała już zdecydowanie zły wizerunek, przerażały ich badania nastrojów,  akceptacji kierunku polityki rządu i partii wśród robotników. Jedna i druga strona była zainteresowana, by coś z tym zrobić. To doprowadziło do kolejnych strajków w 1988 i obrad „Okrągłego Stołu”.

 

            - Spór opozycji o rolę, ocenę, znaczenie „Okrągłego Stołu”, jest właściwie do dziś obecny w dyskusji publicznej i miał wpływ na środowisko „Solidarności” po 1989 roku. Co zrobiliśmy z naszą wolnością?

 

            - Byłam w zespole negocjującym dostęp strony społecznej do prasy i mediów (radio, TV) , walki o gazetę opozycyjną, w efekcie czego powstała „Gazeta Wyborcza, później przygotowywałam kampanię wyborczą dla kandydatów Komitetu Obywatelskiego. Nasze negocjacje dotyczyły kwestii czasu antenowego w radiu i telewizji gdzie moglibyśmy prezentować nasze poglądy. To przypominało negocjacje z czasów pierwszej „Solidarności”.

               Okrągły Stół z perspektywy mojej pracy wydał mi się czymś bardzo ważnym i pozytywnym. Negocjacje miały swoją dramaturgię, ciągle coś się działo. Co stało się dobrego? To, że doszło do wyborów i powstał Sejm nie złożony wyłącznie z ludzi władzy. To był początek transformacji, która jednak dokonała się bez uczestnictwa społecznego. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że towarzyszyły temu uzgodnienia, które gwarantowały przetrwanie układów komunistycznych, „adoptowały” je do warunków wolnego rynku. Jednocześnie nasze elity solidarnościowe zaczęły uwalniać się od „etosu”, Nastąpiło oderwanie się elit solidarnościowych od zaplecza społecznego, którym nie mógł być już związek zawodowy.

 

                  - Ale to głównie w latach 90-tych wydarzyło się to wszystko, co załamało stosunek do „Solidarności”.

 

               - Ruch złożony z ludzi o bardzo różnych światopoglądach, nie mógł przetrwać w dawnej formie. Ludzie zaczęli się organizować w swoich partiach. Nie było już tego „parasola”, jaki dawała „Solidarność”. Pluralizm partyjny był zarówno jej osiągnięciem jak i przyczyną jej kłopotów.

               W etosie istniała jedność, tu już nie było, nie mogło być jedności. Ale był to już inny etap. Ale też trzeba przyznać, że walka legend, to co nazwano „wojną na górze”, przyczyniły się do niszczenia etosu „Solidarności”.

 

-         W latach 90-tych NSZZ „Solidarność” występowała często przeciwko władzy, która pochodziła z tych samych korzeni.

 

               - Nie było też porządnej partii, korzystającej z tradycji duchowej, ale nie odwołującej się w tak dużym stopniu do podziałów przeszłości. To ludzi denerwowało i w dużym stopniu wpłynęło na sukcesy postkomunistycznej lewicy w następnych wyborach – parlamentarnych i prezydenckich.

            Podczas jednej z moich rozmów z Wałęsą w 1987 lub 1988 roku, wydawało mi się, że mówił rzeczy obrazoburcze, a dziś po latach stwierdzam, że miał rację. Mianowicie powiedział wtedy, że gdy przyjdzie wolność, należy sztandary „Solidarności” zwinąć, włożyć do pięknego kufra i wyjmować je tylko przy szczególnych okazjach. I miał rację, zachowalibyśmy w czystości pierwszą „Solidarność”. Tymczasem powstał nowy związek o tej samej nazwie, który zaczynał mieć nowe ambicje, i mało interesował się losem ludzi Być może nie mogło być inaczej, bo wszyscy tęsknili do odrodzenia słowa „Solidarność”.  Związek zawodowy w okresie tak trudnej transformacji ustrojowej powinien się skupić bardziej na sprawach ludzi, niż na rządzeniu. Stąd rozczarowanie obecną „Solidarnością”.

 

            - Czy nawet inny związek zawodowy, choć o podobnym rodowodzie, nie wpadł by w pułapkę, w której znalazła się „Solidarność” po 1989 roku, to znaczy musiał by walczyć z władzą z której sam pochodził?

 

            - To jest problem, który istniał już w 1989 i 1990 roku w czasie rządu Tadeusza Mazowieckiego. A później, gdy „Solidarność” protestowała przed Belwederem, siedzibą Lecha Wałęsy, który był już prezydentem.

            Może byłoby lepiej, gdyby powstała partia polityczna „Solidarność” i związek zawodowy o innej nazwie nawiązujący do wartości i tradycji pierwszej „Solidarności”, który stałby na straży tego wszystkiego, do czego w warunkach wolnego rynku został stworzony?

            „Solidarność” po 1989 roku miała ambicje polityczne, a z drugiej strony nie pilnowała spraw ludzi. To była często trampolina pomagająca dostać się do polityki.

 

            - 15 lat po 1989 roku przychodzi czas pierwszych podsumowań tego okresu. Co z tej perspektywy wydaje się Pani z osiągnięć Sierpnia 1980, czy tego, co stworzyła „Solidarność”, najważniejsze?

 

               - Ogromną wartością tamtego okresu i tego doświadczenia jest to, że mogliśmy poczuć pełnię życia, bliskość z innymi ludźmi. Mieć przekonanie, że jest się w dobrym miejscu, robi się rzeczy ważne nie tylko dla mnie i mojej rodziny, ale dla kraju. To bardzo satysfakcjonujące uczucie.

 

               - Dla młodych ludzi wydarzenia sprzed 25 lat to wydarzenie o podobnym zdarzeniu co Powstanie Warszawskie, 1956, czy 1970 rok. Tylko kolejna ważna data w podręczniku, wydarzenia których nie znają, nie pamiętają…

 

            - To nieuniknione. Przecież nawet moje pokolenie próbowało, budując nową Polskę, zatrzeć tamten czas, schować pamiątki do szuflady. Istniało też coś, co można by nazwać strachem, by nie wyjść na kombatanta. Było by to zupełnie nienaturalne.

            Trzeba przyjmować fakty, nie można zatrzymać czasu. Przychodzi jednak taki moment w życiu każdego pokolenia, a także indywidualnym, że wraca się do czystych źródeł. Ja je mam. Dzięki ludziom tamtej „Solidarności”

 

Warszawa, 23 lipca 2005 r.

 

 

         

Tekst przygotowany na zamówienie czeskiego pisma „Listy” (http://www.listy.cz), ukazuje się w numerze 4/2005.

 

*   *   *

 

Janina JANKOWSKA - dziennikarka, reporterka radiowa; ur. 11 maja 1939, Jadów; zamężna (Bogusław Jankowski), syn (Marek ur. 1967). Studia: Wydz. Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, mgr 1961.

Kom. ds. RiTV 1961-82, reporterka; współpracownik KOR, współtwórczyni Radia „Solidarność” Regionu Mazowsze, red. audycji w zakładach pracy 1980-82; internowana 1982; autorka reportaży i nagrań dokum. wydanych na kasetach w drugim obiegu przez: Oficynę Fonograficzną NOW-a, CDN, „Oświatę Niezależną" 1982-88; PR SA: wicedyrektor Programu I 1990-91, przew. Rady Programowej 1994-, założyciel i szef Studia Reportażu i Dokumentu 1998-2004. Obecnie wykładowca dziennikarstwa: Laboratorium Reportażu UW, szkoła im. Melchiora Wańkowicza

Członek: NSZZ „Solidarność" 1980- (czł. Komisji Zakładowej Kom. ds. RiTV 1980-82), SDP 1982- (czł. Komisji Interwencyjnej 1981-82, czł. Zarządu 1995-), Kom. Obywatelskiego przy Przew. NSZZ „Solidarność" 1989-90, International Feature Conference 1990-; uczestniczka obrad Okrągłego Stołu po stronie solidarnościowej 1989.

Prix Italia 1981, Nagroda Fundacji Polcul (Australia) 1984, Nagroda Kom. Kultury NSZZ „Solidarność" 1984, Złoty Mikrofon 1990, Prix Europa 1998, Premios Ondas (Hiszpania) 1998; Srebrny Krzyż Zasługi 1981; Zasłużony Działacz Kultury 1981.

Twórczość: reportaże radiowe: Polski Sierpień 1981, Oszukani 1985, Siedem tygodni nadziei 1997, Powódź wszystkich Polaków 1998; książki: Prawda raz powiedziana 1986, Bez mikrofonu 1986, 70 lat Polskiego Radia (współautorka) 1997, Rozmowy niedokończone 2004, „Kto tu wpuścił dziennikarzy – 25 lat później”2005 (współautorka)

Osiągnięcia: inicjatorka dorocznego konkursu Grand Prix KRRiTV na najlepszy dokument radiowy 1995- oraz Konkursu Stypendialnego im. Jacka Stwory dla młodych twórców radiowych 1995-.

 


powrót