MARIUSZ KUBIK - publikacje prasowe


kliknij aby powiększyć



„Tygodnik Powszechny”, Kraków

nr 31 (2664)  30 lipca 2000 r.
____________________________

Władysław Szpilman (1911-2000)

 

PIANISTA Z GETTA

 MARIUSZ KUBIK

 

         Gdy w styczniu ogłoszono, że kolejny film Romana Polańskiego oparty zostanie na wojennych wspomnieniach Władysława Szpilmana, w warszawskim domu kompozytora zaczęły urywać się telefony. 89-letni muzyk czuł się w nowej roli cokolwiek niezręcznie. „Zawstydza mnie to, że teraz ludzie widzą we mnie bohatera filmowego, a nie pianistę” - mówił niespełna miesiąc temu, pokazując mi liczne fotografie i wywiady prasowe. Zmarł nagle 6 lipca, nie doczekawszy przewidzianego na jesień polskiego wznowienia swoich wspomnień.

            Nie jest to pierwsza inicjatywa powstania filmu, opartego na relacji Szpilmana - znanego już przed wojną muzyka, ocalałego z getta i ukrywającego się potem w popowstańczych ruinach Warszawy. Historia jego przeżyć mogłaby posłużyć za kanwę niejednej powieści, choć jest autentyczna w najdrobniejszych szczegółach.

Z Sosnowca w świat

            W rodzinie Szpilmana było wielu muzyków („Nawet nazwisko mam odpowiednie”). On sam urodził się w Sosnowcu; ojciec był skrzypkiem i koncertmistrzem w miejscowym teatrze, matka uczyła syna gry na fortepianie. W latach dwudziestych młodego chłopca, przejawiającego zdolności muzyczne, ojciec zawiózł do dyrektora opery w Katowicach. W wieku szesnastu lat Władysław uczył się już w warszawskiej Wyższej Szkole Muzycznej im. F. Chopina. Lekcji fortepianu udzielali mu profesorowie Józef Smidowicz i Aleksander Michałowski; Szpilman wspominał ich z wdzięcznością także jako wychowawców i opiekunów.

            Przez kilka lat studiował w Berlinie.

            - Inni wyjeżdżali do Paryża - opowiadał - mnie nie było na to stać. Miałem stypendium berlińskiej akademii, które pozwalało jedynie na skromne utrzymanie.

            Młody pianista uczył się u sławnego Leonida Kreutzera, potem u Artura Schnabla. Ale polityczna sytuacja ulegała powoli zmianie, radykalizowały się nastroje. Gdy władzę kanclerską w Niemczech objął Hitler, Szpilman po wakacjach nie wrócił już do Niemiec. Wyjechał do Warszawy, objął posadę w Polskim Radio.

            - Nie czuję sentymentu wspominając czasy dzieciństwa - mówił w czerwcu pianista. - Kiedy po latach odwiedziłem dawny dom przy ulicy Targowej, natychmiast stamtąd uciekłem.

            Żydowskich właścicieli i mieszkańców domu wyrzucono w czasie wojny, a przesiedlonych wówczas na ich miejsce Polaków prawie już nie ma. Nikt tu nie słyszał o Szpilmanie.

Muzyka i wojna

            W Warszawie utrzymywał się początkowo z lekcji muzyki. Miał już w swym dorobku „Koncert skrzypcowy” i suitę fortepianową „Życie maszyn” (partytury zaginęły w czasie wojny). Nie miał znanego nazwiska, nie drukowano jeszcze jego piosenek. Los odmienił się po poznaniu Tadeusza Sygietyńskiego, późniejszego twórcy „Mazowsza”, który, urzeczony techniką gry młodego pianisty, umożliwił mu pracę w Polskim Radio.

            - Moje zarobki zwiększyły się dziesięciokrotnie - wspominał kompozytor. - Mogłem kupić mieszkanie blisko rozgłośni, sprowadzić do Warszawy rodziców i rodzeństwo.

            Był teraz pianistą w Orkiestrze Tanecznej Polskiego Radia, pod koniec lat trzydziestych stworzył muzykę filmową do przebojów ówczesnej polskiej kinematografii: „Doktora Murka” i „Wrzosu”, reżyserowanych przez Juliusza Gardana. Z tego drugiego filmu pochodziła piosenka „Straciłam twe serce”, spopularyzowana po wojnie na nowo przez Irenę Santor. Na brak zamówień nie mógł narzekać. Kres ambitnym planom położył dopiero wybuch wojny.

            Ostatni raz Szpilman wystąpił w Polskim Radiu 23 września 1939. Dał tego dnia recital chopinowski - ostatnią muzyczną audycję na żywo, nadawaną wśród huku wystrzałów, w łunach ognia palących się wokół domów. W drzwiach rozgłośni minął się jeszcze z bohaterskim prezydentem Warszawy Stefanem Starzyńskim, który codziennie na falach eteru dodawał otuchy broniącym stolicy warszawiakom. Tego samego dnia, po zbombardowaniu elektrowni, radiostacja umilkła.

            Pewnego wieczora wracali z ojcem i bratem z wizyty u znajomych. Kilkanaście zaledwie minut po godzinie policyjnej zatrzymał ich niemiecki patrol. Oślepiający blask latarek i szczęk odbezpieczanych karabinów kazały przewidywać najgorsze. Wypuszczono ich, gdy okazało się, że jeden z żandarmów również jest muzykiem. Ale takie przypadki należały do rzadkości, Żydów traktowano coraz bezwzględniej

            Po utworzeniu getta Władysław był pianistą w żydowskich kawiarniach, utrzymując resztę rodziny. Codziennie, idąc do pracy wąskimi uliczkami, widział nędzę odizolowanych od świata ludzi, narastający podział na nieco bogatszych - stanowiących często jego kawiarnianą publiczność, którzy majątek zawdzięczali także kolaboracji - i pozbawionych wszelkich środków do życia, żebrzących biedaków. Przyzwyczaił się już do wszechobecnego widoku zabitych i zmarłych z wycieńczenia, leżących często na ulicy bez pochówku. Był świadkiem przemytu zza murów getta, dokonywanego często przez małe dzieci. Na jego oczach niemiecki żołnierz roztrzaskał kręgosłup chłopcu, który przemycając żywność utknął w przejściu.

            Nadchodzące dni przynosiły coraz to nowe represje. Łapanki i egzekucje dziesiątek osób były na porządku dziennym. Któregoś wieczoru rodzina Szpilmanów zobaczyła, jak z domu naprzeciwko wyrzucono z okna na trzecim piętrze siedzącego na wózku inwalidzkim starca, bo nie powstał na rozkaz żandarma...

            Muzyka nie stanowiła wyłącznie źródła zarobku, pozwalała na oderwanie się od ponurej rzeczywistości. Często po powrocie do domu Szpilman zastawał ojca ze skrzypcami w ręku. Ale za oknem widział uliczne orkiestry żebraków, które - na rozkaz nudzących się na posterunkach Niemców - przygrywały zmuszanym do tańczenia walca przypadkowym przechodniom. Jego ukochana muzyka wpisywała się w karykaturalny obraz rzeczywistości. Nie była już symbolem harmonii.

Umschlagplatz

            Szpilman był przypadkowym świadkiem wymarszu z getta sierot Janusza Korczaka. W jego pamięci pozostał obraz odświętnie ubranych dzieci, opuszczających sierociniec w przekonaniu, że jadą na wieś. Na czele dziecięcego orszaku żandarmi ustawili małego, grającego na skrzypcach chłopca...

            W tym czasie wysiedlano z getta setki Żydów, ale do ostatniego momentu Szpilman liczył, że ominie to jego rodzinę. W kilka dni później znaleźli się wraz z innymi na Umschlagplatzu. Do rodziny Szpilmanów dołączyli dobrowolnie brat i jedna z sióstr Władysława. Wywózka mogła ich ominąć, nie chcieli jednak rozstać się z rodziną. Od krążącego po placu sprzedawcy cukierków kupili za ostatnie pieniądze jednego irysa, dzieląc go na sześć równych części. Był to ich ostatni wspólny posiłek.

            Podczas załadunku do podstawionych wagonów, nieznane ręce wyciągnęły Władysława z tłumu, oddzieliły od rodziny. Ocalił go jeden z żydowskich policjantów, znający go z występów w kawiarni. Szpilman nigdy już nie zobaczył rodziny, wszyscy zginęli.

Samotność w ukryciu

            - W domu przy Noakowskiego 12 ukrywałem w jednym z pokojów Żyda - wspomina Władysław Bartoszewski - nie wiedząc, że w bliźniaczym, przylegającym budynku, na tym samym poziomie ukrywano Szpilmana. Mechanizm bywał podobny. Człowiek samotny, w jednym pokoju, o którego istnieniu wiedziała jedynie osoba donosząca jedzenie i wodę. Nie było jednolitej recepty na przetrwanie. Ktoś mógł się ukrywać przez wiele lat, kto inny wpadł po kilku dniach, pociągając za sobą organizatorów ukrycia.

            Szpilman wielokrotnie jeszcze zmieniał mieszkania. Życie w samotności urozmaicał sobie lekturami, nauką angielskiego. Gdy dostarczano mu żywność, dowiadywał się o rozwoju sytuacji w Polsce i Europie. Z otrzymywanych gazetek żydowskich dowiedział się o powstaniu w warszawskim getcie. Znów otarł się o śmierć - tym razem głodową, gdy zawiódł dostawca żywności. Potem odkryto jego obecność i w ciągu kilku minut musiał uciekać ze swojej kryjówki.

Robinson warszawski

            Powstanie Warszawskie zastało Szpilmana w domu przy Alei Niepodległości. Gdy Niemcy opróżnili budynek z mieszkańców, a od czołgowego pocisku na dolnych piętrach wybuchł pożar, ukryty na górnym piętrze pianista postanowił popełnić samobójstwo. Przeżył, pastylki nasenne nie okazały się dość silne. Rozpoczęła się jego wielomiesięczna samotna walka o przetrwanie.

            - Dom znajdował się na „ziemi niczyjej” - mówi prof. Bartoszewski. Pamięta to miejsce dokładnie, w tym samym budynku mieszkał wtedy brat jego matki. - Tamtej okolicy nie zdobyli powstańcy, każda próba dotarcia do Szpilmana musiała się skończyć śmiercią.

            Po upadku powstania i przymusowym wysiedleniu ludności, w Warszawie pozostali jedynie ranni i ukrywający się w piwnicach. Zniszczone miasto opustoszało.

            - Warto zauważyć, że nie był jedynym ukrywającym się w ruinach - mówi Olgierd Budrewicz, reporter i varsavianista - i nie tylko Żydzi byli „robinsonami”. Rzadko jednak były to postaci znane, z nazwiskiem, jak w przypadku Szpilmana.

            Ocenia się teraz, że „robinsonów” było co najmniej kilkuset. Nie sposób tego zweryfikować; nawet ci, co przeżyli, pozostawali zwykle anonimowi.

Nokturn c-moll

            Kiedy wyczerpany wielomiesięcznym niedożywieniem i samotnością, postanowił wyjść z kryjówki i zgromadzić większą porcję żywności, zaskoczył go niemiecki oficer. Szpilman nie chciał już nawet myśleć o ucieczce, zobojętniały oczekiwał końca. Tamten zapytał o jego zawód, a później poprosił o zagranie melodii na stojącym w opuszczonym domu fortepianie. Wśród ruin rozbrzmiały dźwięki chopinowskiego nokturnu, nie granego przez pianistę od czasu ostatniego występu w radio, przed wojną.

            Wilm Hosenfeld, kapitan Wermachtu, nie godził się z systemem, w jakim przyszło mu żyć. Dzięki przyniesionemu przez niego okryciu i donoszonej żywności Szpilman przetrwał w kryjówce ostatnie tygodnie okupacji. Po latach odnalazł w Niemczech rodzinę kapitana, dopiero wtedy poznał jego nazwisko. Dowiedział się wtedy o śmierci Hosenfelda w obozie jenieckim w ZSRR, siedem lat po zakończeniu wojny. Okazało się, że kapitan pomagał wielu osobom w Warszawie.

Historia pisana na nowo

            Przeżycia Szpilmana już w 1945 roku stały się podstawą scenariusza filmowego. Autorami byli Jerzy Andrzejewski i Czesław Miłosz.

            - Chodziło nam o wykorzystanie ruin, pokazanie „księżycowego” pejzażu zniszczenia - mówi Miłosz. - I samotnego człowieka pośrodku, zaczynającego wszystko od początku, tworzącego cywilizację na nowo. Tę samą, która doprowadziła do zniszczenia.

            Kolejne wersje filmu „Robinson warszawski” cenzurowano i poddawano przeróbkom, dodawano sceny i postaci. Pojawili się partyzanci z Armii Ludowej i radzieccy spadochroniarze.

            - Pomysł nie spodobał się komunistom. Nie można pokazać konfliktu klasowego, kiedy jest jeden człowiek - śmieje się Miłosz. - Kiedy zaczęto dodawać bohaterów, nasza idea znikła.

            Obaj wycofali swe nazwisko z czołówki. Zmieniona wersja nosiła już tytuł „Miasto nieujarzmione”.

            W 1946 roku ukazały się wspomnienia Szpilmana pt.: „Śmierć miasta”, opracowane przez Jerzego Waldorffa. Pianista przebywał w tym czasie na półrocznym tournée w Szwecji.

            -Nie można było pisać o „przyzwoitym Niemcu”, przynajmniej do czasu powstania NRD - mówi Władysław Bartoszewski. - Dlatego Hosenfeld występuje w książce jako Austriak.

            Ale to właśnie w Niemczech ukaże się najpierw, kilkadziesiąt lat później, poprawione i uzupełnione wydanie wspomnień Szpilmana.

            - Niemcy, podobnie jak przy czytaniu „Początku” Szczypiorskiego, uzyskują wreszcie psychologiczną równoważnię - wyjaśnia powodzenie książki w Niemczech Bartoszewski. - Okazuje się, że wśród pokolenia ich ojców i dziadków byli także dobrzy Niemcy.

            W wydaniu z 1998 roku znajdzie się już miejsce na osobiste zapiski i listy Wilma Hosenfelda z czasów wojny. W porównaniu z pierwszą edycją powojenną więcej tu nazwisk i adresów, umiejscowienia akcji w czasie i okolicznościach. Usunięto z okładki nazwisko Jerzego Waldorffa, który opracował powojenne wydanie „Śmierci miasta”, wypłacając mu zresztą gratyfikację za zrzeczenie się praw do nowego wydania książki.

            Władysław Szpilman na pytanie o stosunek do Niemców odpowiadał, że nie czuje nienawiści. Nie uznawał uogólnień. Pytany o ocenę antysemityzmu w Polsce, mówił, że nienawiść jest wszędzie - jedni nienawidzą jednych, inni drugich. 

Powrót do muzyki

            Po wojnie Szpilman wrócił do komponowania. Stał się obok Jerzego Haralda czołowym twórcą muzyki rozrywkowej.

            - Pamiętam, jak w czasach młodości nuciło się pod nosem szlagiery Szpilmana - wspomina Wojciech Kilar. - Nawet pamiętne „Do roboty”, nie kojarzyło się z tępą pieśnią masową, śpiewaliśmy to w drodze do liceum.

            Szpilman napisał po wojnie kilkaset piosenek. „Autobus czerwony”, „Nie wierzę piosence”, czy „Tych lat nie odda nikt” - znała cała Polska. Na pytania o muzykę do takich tekstów, jak „Marsz pokoju”, czy „Zmartwienie maszynisty”, odpowiadał, że nigdy nie zajmował się polityką, tylko muzyką.

            Był pomysłodawcą festiwalu w Sopocie, jego autorstwa był sygnał do Polskiej Kroniki Filmowej. Kiedy po kilkunastu latach, przestał pracować w radiu, założył Kwintet Warszawski. W jego skład wchodzili renomowani muzycy, w tym znany Szpilmanowi jeszcze sprzed wojny Bronisław Gimpel, czy prof. Tadeusz Wroński. Przez blisko 25 lat dawali koncerty na całym świecie.

            - Grający muzykę kameralną kwintet jest raczej nietypowy, przeważnie są to kwartety - mówi Krzysztof Jakowicz, grający w jednym ze składów. - Nadzwyczajne było też skupienie muzyków wysokiej klasy i do tego zaprzyjaźnionych.

            Jakowicz wspomina Szpilmana jako niezwykłego pianistę. - Łączył w sobie cechy wybornego solisty z niezwykłym wyczuciem grających partnerów. Grał miękko, cały czas myśląc, kreując muzykę.

            Wobec siebie i innych bywał wymagający, w zespole nie brakowało konfliktów podczas długich zagranicznych wojaży. Ale Jakowicz wspomina ten czas jako swoistą aspiranturę, uniwersytet życia.

            Kwintet był bardzo popularny, w Polsce i na świecie zbierał entuzjastyczne recenzje. Zaprzyjaźniona ze Szpilmanem Grażyna Bacewicz napisała dwa kwintety fortepianowe, które potem wykonywano podczas koncertów. Nawet wśród klasycznego repertuaru nie było bowiem zbyt wiele utworów na zespół pięcioosobowy. Podczas wykonań klasycznych kwintetów Brahmsa (partie fortepianowe Szpilman grał często nie zaglądając do nut) zdarzało się, że pianista nucił podczas wykonania. Ale gdy po wielu latach doszedł do wniosku, że na scenę nie wchodzi już z tremą, stwierdził, że to oznaka rutyny.

            Ostatni koncert muzycy dali w 1986 roku w Hamburgu.

- Był wybitnym pianistą, polskim Cole Porterem - mówi Wojciech Kilar. - Jego piosenek nie zapomniano mimo zmieniającej się mody, wyróżniały się pośród podobnej twórczości.

- Nie był mimo wszystko doceniony w Polsce, gdzie łączenie twórczości rozrywkowej z poważną uważano za sprawę wstydliwą - dodaje Krzysztof Jakowicz. - Cały szereg piosenek tak wrosły w polską muzykę, że nie wiemy nawet, kto je napisał. A to Szpilman właśnie...

 


    

 

kliknij aby powiększyć

Władysław Szpilman w swoim mieszkaniu. 
(Warszawa, 9 czerwca 2000 r.)
Fot. Mariusz Kubik

kliknij aby powiększyć

Dom przy ul. Targowej 18 w Sosnowcu. 
Tu przed wojną mieszkała rodzina Szpilmanów.
Fot. Mariusz Kubik


powrót